Opinia o baronie Antonim Soldenhoffie

Opinia historyka, dr Marii Czeppe z Instytutu Historii PAN w Krakowie o baronie Antonim Soldenhoffie

ZAGRANICZNY EKSPERT
Antoni Aleksander Soldenhoff

Nazwisko Antoniego Aleksandra Soldenhoffa spotyka się w literaturze w najprzeróżniejszych wariantach. Są więc obok Soldynowa: Soltanhof, Sułtanow, Oldenhof, a nawet Soll-Denhoff . Sam podpisywał się Soldenhoffen. Choć jednak wiele postaci przybiera nazwisko, liczba uprawianych przez naszego bohatera profesji i zatrudnień jest znacznie większa Był wszak baronem austriackim, wojskowym francuskim i austriackim, oficerem rosyjskim, konfidentem ambasadora Rosji, masonem, wynalazcą, kontrahentem Antrepryzy Tabacznej i udziałowcem loterii. To wcale nie wszystkie zajęcia barona Soldenhoffa; był też znanym karciarzem i kobieciarzem, co nie przeszkodziło mu zostać dyrektorem, a potem dzierżawcą największego w szlacheckiej Rzeczypospolitej przedsiębiorstwa metalurgicznego.

Pochodził z Austrii, z rodziny Söldner von Söldenhoffen (wg niektorych herbarzy Soldner von Soldenhoffen), był czeskim Niemcem, który służył w armii francuskiej a potem rosyjskiej, a wg innych opuścił w r. 1769 służbę austriacką na korzyść wojsk rosyjskich.

Soldenhoff pojawił się w Polsce prawdopodobnie w r. 1766 w towarzystwie posła francuskiego markiza L. G. de Conflans, który przyjechał pogratulować Stanisławowi Augustowi wstąpienia na tron. W r. 1769 nasz baron był już majorem w wojsku rosyjskim i kompletował w Petersburgu trzytysięczny oddział żołnierzy do walki z konfederacją barską. W Rydze uzupełniali uzbrojenie i stan liczebny przed wkroczeniem do Polski. Brał udział w działaniach przeciw konfederatom, m.in. latem r. 1771, na czele 400-osobowego oddziału, otaczał zgrupowanie wojsk hetmana Wielkiego Litewskiego Michała Kazimierza Ogińskiego. Był tym sztabsoficerem, który przekazał hetmanowi wezwanie do złożenia broni; został wówczas uwięziony przez hetmana. Może znalazł się wśród tych oficerów, których po zwycięstwie hetman wypuścił „na parol”, odebrawszy przyrzeczenie, że przeciw Rzeczypospolitej nie bedą walczyć? Od 1773 r. przeszedł na służbę Rzeczypospolitej; był już pułkownikiem, potem szambelanem królewskim. W 1775 r. dostał indygenat, czyli „nostryfikację” szlachectwa. Z wielkim rozmachem włączył się w życie towarzyskie Warszawy. Był członkiem założycielem Klubu Szlacheckiego w Pałacu Radziwiłłowskim, masonem, popierał ideę sprowadzenia do Warszawy teatru francuskiego, kupił pałac, odsprzedał, skupował weksle, by w ten sposób wejść w posiadanie majątków osób zadłużonych po uszy. A nie było mu trudno, bo wyroki pomagali mu wprowadzać w czyn zaprzyjaźnieni wojskowi rosyjscy z oddziałów, które stacjonowały w Posce i na Litwie. W ten sposób wszedł na parę lat w bezprawne posiadanie m.in. Baranowa w Sandomierskiem, a zatrudniony przez niego dzierżawca poczynił ogromne spustoszenia w okolicznych lasach, pozostałościach Puszczy Sandomierskiej.

Innym sposobem na życie przedsiębiorczego barona była gra w karty, najlepszym zaś poręczeniem opieka rosyjskiego ambasadora. Niezwykłą tegoż ambasadora (Ottona Stackelberga) życzliwość zawdzięczał podobno związkom rodzinnym swej małżonki Katarzyny ze Stackelbergiem. Wszystko to razem nie wystarczało i rozrzutny hulaka Soldenhoff tonął w długach, ale rąk nie załamywał. We wrześniu 1775 r. był w Wiedniu, gdzie próbował znaleźć poparcie dla swoich dość fantastycznych projektów: chciał handlować wołami, zakładać magazyny, w których mogliby kupować Gdańszczanie, i przez to osłabić handel pruski, rozpowiadał, że ma z Polski zlecenie na zakup 40 tys. sztuk broni, ale jego deklaracjom nie dawano wiary; także w Wiedniu znany był z długów karcianych. Zakupił tam tylko kilka sztuk broni, za to nabył majątek ziemski w Czechach. Był już generałem-majorem w wojsku polskim, ale nie dowodził żadnym oddziałem. Próbował zainteresować Austriaków, toczących wojnę o sukcesję bawarską, werbunkiem ułanów w Polsce, ale nie skorzystali z jego ofert. W tym także czasie zaprzyjaźnił się z pewnym awanturnikiem, austriackim radcą górniczym Ferdynandem L. Harrschem, który próbował zainteresować swoimi wynalazkami Stanisława Augusta i prowadził poszukiwania górnicze w Polsce. Około r. 1780 Soldenhoff prawdopodobnie towarzyszył Harrschowi w poszukiwaniach soli w okolicach Buska, być może obserwował jakieś doświadczenia metalurgiczne. Wynajął mu swoją karczmę „Ostatni Grosz” na Solcu w Warszawie i wziął udział w przygotowaniach do pokazu „maszyny meteorologicznej”. Obiecywany wynalazek nie został zademonstrowany; tuż przed pokazem „nadzwyczajne okoliczności” udaremniły ukazanie oczom zgromadzonych pożytecznego (a zapewne nieistniejącego) urządzenia.

Choć pod naciskiem Stackelberga Stanisław August poszukiwał intratnej posady dla Soldenhoffa, przystał też na zwiększenie mu pensji (był wszak generałem i szambelanem), jednak nie uratował barona od bankructwa. Nawet karczmę „Ostatni Grosz” (nomen omen) Soldenhoff musiał sprzedać.

Na przełomie lat 1781/82 Soldenhoff zwiedził Miedzianą Górę oraz Niewachlów k. Kielc i ze swej podróży badawczej przedstawił królowi 5 lutego raport, w którym bardzo optymistycznie ocenił zasoby złóż i możliwości zorganizowania przetwórstwa. Oprócz rud metali spodziewał się wydobywać malachit i azuryt, czynił też nadzieje królowi na możliwości uzyskiwania srebra. Soldenhoff postanowił zostać metalurgiem, ale mógł się powołać tylko na swe zainteresowania; wykształcenia nie miał w tym zawodzie żadnego. Zaoferował królowi zorganizowanie wydobycia ołowiu i miedzi, by przysłużyć się nowej ojczyźnie. Być może na jego zainteresowanie metalurgią wpłynęła współpraca z Harrschem. Oferta została przyjęta i świeżo upieczony metalurg został zatrudniony w dzierżawionych od biskupstwa krakowskiego przedsiębiorstwach związanych z wydobyciem i przetwarzaniem rud ołowiu i miedzi. Powstała wiosną 1782 r. Komisja Kruszcowa powierzyła baronowi stanowisko dyrektora.

Soldenhoff zajął się energicznie pracami w Miedziance i Górnie, a także w Miedzianej Górze i Niewachlowie. Na rozpoczęcie robót i płace dla górników pożyczał pieniądze od Harrscha, otrzymał też fundusz (300 dukatów na 3 miesiące) od Komisji Kruszcowej. We wrześniu 1782 r. prezes Komisji Kruszcowej, biskup Krzysztof Szembek, wizytował przedsiębiorstwo i był zadowolony ze stanu zaawansowania robót górniczych. Podjęto też prace przy budynkach i piecu w Niewachlowie, gdzie mieli pracować przybyli z Węgier odlewnicy; Soldenhoff rozbudowywał zakład, instalował nowe urządzenia i wprowadzał nowe technologie. Musiał mieć wielki dar przekonywania, potrafił bowiem otrzymywać wielokrotnie dotacje dla przedsiębiorstwa i nakłaniał umiejętnie króla oraz skarb koronny do nakładów na dalsze inwestycje i poszukiwania kruszców w innych miejscach. Rosła sława barona i rozgłos „fabryki miedzianogórskiej”, krzepił się duch narodowy tak pomyślnym rozwojem rodzimego przemysłu. Baron dostał Order Świętego Stanisława (1784) i sporo pochwał po królewskiej wizycie w 1787 r.

Niewątpliwie działalność Soldenhoffa odznaczała się sporym rozmachem i inicjatywą; w rezultacie zwiazał się z tą „fabryką” na wiele lat. Zakłady produkowały miedź w sztabkach, spiż, ołów, glejtę, którą sprzedawano garncarzom, i witriol. Z Miedzianej Góry pochodził malachit, którym ozdobione były pokoje Stanisława Augusta. Soldenhoff, „niespracowany w dociekaniach nowych wynalazków doszedł fabrykowania glejty z nieużytecznych mieszanin kruszcowych” (według słów F. Naxa), z czego mogli korzystać garncarze. Dostarczał miedź dla ludwisarni warszawskiej i dla mennicy; jednak jej jakość krytykowano. Z zakładów Soldenhoffa pochodził dzwon, ofiarowany w 1791 r dla kościoła Opatrzności. Bożej. Fabryka zatrudniała ponad 100 osób, była więc największym zakładem hutnictwa kruszcowego w Rzeczypospolitej. Jednak bilans rządów przedsiębiorczego barona był niepomyślny; wydatki przewyższały dochody. Król miewał chyba wątpliwości co do rzeczywistych umiejętności pana Antoniego Aleksandra; z własnej inicjatywy zatrudnił jeszcze specjalistę z Węgier. Także Komisja Ekonomiczna wolała mieć niezależnego informatora i wysłała w charakterze nadzorcy pisarza fabrycznegu Turnera.

W rodzinnym przedsiębiorstwie Soldenhoffów syn Alojzy sprawował urząd kontrolera, potem zajął się handlem produktami z „fabryki”, a energiczna pani Katarzyna, małżonka dyrektora miała propinację, czyli wyłączność produkcji i handlu alkoholem. Na potrzeby zakładu wzniesiono browary i gorzelnie, jednak pani dyrektorowa pilnowała, by pracownicy nie przesiadywali w karczmach po 10 wieczorem i by nie przepijali całej wypłaty.

Dzięki pomocy brata, wojskowego w służbie austriackiej, komendanta Nowego Sącza, Soldenhoff zdołał załatwić po korzystnej cenie dostawy drelichu i sukna na mundury dla wojska polskiego. Sam chciał wziąć udział w wojnie z Rosją w r. 1792, najchętniej w charakterze dowódcy wojsk litewskich. Przecież mógłby pokazać, co potrafi, co tam Kościuszko czy książę Józef! Jednak ten patriotyczny zapał nie przeszkodził mu związać się z Targowicą i przysługiwać się przedstawicielom Rosji. Toteż po wybuchu powstania kościuszkowskiego pamiętano o jego sympatiach i posadzono w więzieniu. Tam też nie tracił animuszu i zdołał przekonać śledczych, że potrafi przysłużyć się sprawie powstańczej, dostarczając broń i surowce do jej produkcji. Został uwolniony.

Im gorsza była sytuacja kraju, tym mniej starał się pan baron o stan zakładów metalowych. Mówiąc wprost, zajął się rabowaniem tego, co jeszcze pozostało. Toteż gdy po wygaśnięciu kontraktu w r. 1797 zakład przejęli Austriacy, podjęli starania o odzyskanie długów fabryki od Soldenhoffa. A nasz bohater zniknął. Chyba nie rozpłynął się w ogólnym zamęcie, jednak jak nie udało się ustalić początku jego kariery, tak samo trudno odnaleźć informacje o jego losach po 1797 r. Ten barwny, rzutki jegomość umiał skorzystać ze skłonności króla i ludzi wpływowych w Rzeczypospolitej do zatrudniania zagranicznych ekspertów. Sam też radził sobie w specyficzny sposób. Zatrudniał fachowców, podpatrywał ich metody, a gdy już nauczył się czegoś od nich, po prostu zwalniał ich z pracy. Wykorzystywał swoje znajomości i swoją pozycję do rożnych ciemnych machinacji: kupował weksle, odsprzedawał je, tak samo handlował zezwoleniami na produkcję tytoniu czy prowadzenie loterii. Myślę, że musiał mieć spory urok osobisty i dar przekonywania; pewnie gdybyśmy gdzieś zetknęli się z nim, namówiłby nas na niepotrzebną polisę czy kartę stałego użytkownika, na kupno zamku na piasku lub poletka na Księżycu.

Maria Czeppe

(źródło: http://www.wiw.pl/wielcy/polacy/antonisoldenhoff.asp)


Andrzej Hamerliński-Dzierożyński. O kartach, karciarzach, grach poczciwych i grach szulerskich. Szkice obyczajowe z wieków XV-XIX, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1976, s. 182

Miejsce kanonika przy zielonym stole zajęli inni równie zagorzali karciarze. Poseł Stanisław Manuzzi, późniejszy targowiczanin; poseł Paweł Łempicki; przedsiębiorczy generał Antoni Soldenhoff, aktualny dzierżawca hut w Miedzianej Górze, ten sam co potem dzielnie dowodził loterią cyfrową. I grano namiętniej niż kiedykolwiek …